Ratowice – Mała ojczyzna (cz.5)

Letnie miesiące dla przedwojennych Ratowic oznaczały znaczny odpływ stałych mieszkańców. Mężczyźni, którzy byli związani zawodowo z żeglugą, a stanowili oni pokaźną grupę, latem przebywali poza domem.

Na miejscu pozostawały ich rodziny, inne grupy zawodowe, oraz Bauern – rolnicy, właściciele tutejszych pól. Największym gospodarstwem mógł się poszczycić pan Speldrich (dawniej zabudowania p. Olczaka, dziś – p. Nowickich), który posiadał 37 hektarów ziemi. Następnie bracia Maskos (obecnie p. Biernacki i p. Rola) po 30 ha, dalej gospodarz Reisner (nieistniejące zabudowania- obecnie na tym miejscu stoją domy braci Małkowiczów), oraz właściciel świetlicy p.Treske. Pola obsiewano pszenicą, żytem, owsem, koniczyną, uprawiano buraki cukrowe i pastewne, kukurydzę, ziemniaki oraz rośliny potrzebne do wykarmienia trzody chlewnej. Dzięki temu, że w państwie niemieckim obowiązywał coroczny spis inwentarza wiemy, że przed zakończeniem II wojny światowej w naszej wsi znajdowało sie 65 koni, 250 krów, 350 świń, 800 kur, 300 gęsi i 250 kaczek. W zagrodach, na własne potrzeby trzymano także indyki, króliki, kozy oraz gołębie. Krowy dawały ok. 3000 l mleka rocznie. W mniej zamożnych rodzinach popularne było picie mleka koziego i wyrabianie z niego sera i masła. Bauerzy zatrudniali do pomocy parobków, którzy wraz z rodzinami utrzymywali się z pracy najemnej i mieszkali w domach swoich pracodawców. Po żniwach biedniejsi mieszkańcy wychodzili na pola, by zebrać na własne potrzeby resztki zboża lub ziemniaków. Okres ciężkiej pracy kończono dożynkami na boisku sportowym. Dzieci deklamowały wiersze, śpiewały piosenki, a na finał rozpalano ognisko, przez które chłopcy i dziewczynki skakały. Uroczystość kończyło wrzucenie do ognia wianków przyniesionych przez rolników. Zebrane zboże wieziono furmankami do młyna, gdzie po zmieleniu otrzymywało sie mąkę i kartki na chleb.

Włlaścicielka naszej piekarni p.Reinert ze swoimi dziećmi, a po lewej p.Kopacz, Polak który się u nich uczył a potem miał swoją piekarnię ( w obecnym domu p. Snopka).

Zdj. 1. Włlaścicielka naszej piekarni p.Reinert ze swoimi dziećmi, a po lewej p.Kopacz, Polak który się u nich uczył a potem miał swoją piekarnię ( w obecnym domu p. Snopka).

W Ratowicach pracowały dwa młyny. Jeden, poruszany podmuchami wiatru ( mieścił się na końcu ul. Sportowej), został rozebrany w 1937 roku, oraz istniejący do tej pory, a powstały pod koniec XIX w. Młyn przy ul. Odrzańskiej w początkowej fazie był własnością Oppelner Bank i kilku tubylców, a później jedynym właścicielem została rodzina Fechner, która działalność gospodarczą rozszerzyła o piekarnię w tym samym kompleksie budynków. Na tzw. starej Odrze istniała prywatna hodowla ryb, głównie karpia. Poza tym, tak jak i obecnie, łowiono ryby w Odrze. Jak podają źródła wydawano tu 180 kart wędkarskich rocznie.

Zdj. 2. Statek wycieczkowy „Johanna”. Właściciel, Jubelt miał dom na ul. Odrzańskiej (obecnie  dom p. Wiśniewskich). Jeszcze do niedawna na domu był napis „Johanna”.

W niedzielny poranek statkiem „Johanna” na świąteczny wypoczynek przybywali całymi rodzinami Wrocławianie. Część gości udawała się do restauracji i kompleksu rozrywkowego znajdującego się na brzegu Odry w Jelczu, a pozostali wysiadali w Ratowicach. Tutejsze gospody wypełniały sie gwarem , ale największym powodzeniem cieszyło się świętowanie u p. Treske. Biesiadowano głównie w podwórku za świetlicą, pod rozłożystymi kasztanami. Spożywano posiłki, pito piwo, rozmawiano o bieżących sprawach. Na scenie występowała orkiestra, wiec czasami tańczono i śpiewano. Szczególnym powodzeniem cieszyła sie zadaszona kręgielnia, z której goście restauracji mogli korzystać za darmo. Gospoda „pod chmurką” kompleksu p. Treske była miejscem bardzo dyskretnym. Od strony ul. Wrocławskiej znajdował się potężny mur z drewnianą bramą, który łączył się z budynkiem stajni dla koni. Z tyłu stajni stał następny budynek, w którym odbywała się produkcja wyrobów mięsnych na potrzeby restauracji i sklepu, a za nim kręgielnia. Kompleks był więc całością zamkniętą, niedostępną dla postronnych oczu. Latem, co kilka dni, ogromnymi wozami ciągnionymi przez pociągowe konie, przywożono bryły lodu, które umieszczano w piwnicach i w ten sposób oziębiano napoje. Warto wspomnieć, że z tyłu sklepu mięsnego istniało pomieszczenie – chłodnia, które działało na tych samych zasadach co dzisiejsze lodówki. Była to na ówczesne czasy zupełna nowość i tylko p. Treske coś takiego posiadał. Codzienność dla tubylców była wypełniona pracą. Pielęgnowano przydomowe ogródki, uprawiano niewielkie poletka, przygotowywano zapasy na zimę. Raz w tygodniu rozwożono w ogromnych beczkach wywar z piwa, który kupowano, by po dolaniu wody zrobić napój na ochłodę upalnych dni. Wakacje dla dzieci, poza brakiem obowiązku nauczania niczym się szczególnym od innych miesięcy nie różniły. Wszyscy pomagali rodzicom. Szczególnie popularne było zbieranie trawy dla gęsi i królików. Niektórzy zatrudniali się w zakładzie obróbki wikliny p. Stütze, przy ul. Polnej (plac z bunkrami) i dzięki temu mieli trochę pieniędzy na własne wydatki. Do takich przyjemności należały m. in. lody w trzech smakach, które co kilka dni przywoził swoim trzykołowym pojazdem p. Runschke z Oławy. Raz w tygodniu działało też kino u p. Wilde, w miejscu gdzie obecnie znajduje sie sklep p. Ceńkara. Dzieci miały swoje ulubione miejsce do kąpieli. Znajdowało się ono pomiędzy Łęgiem a Ratowicami, gdzie woda była płytka i krystalicznie czysta. Raz w roku, na placu naszego rynku, p. Treske ustawiał wysoki, drewniany słup, zwieńczony kołem, z którego zwisały parówki. Chłopcy wspinali sie na niego, przy wtórze okrzyków kolegów i koleżanek, by dosięgnąć smakowitej nagrody. Z czasem dni robiły się coraz krótsze, następował czas powrotu do szkoły. Przy skubaniu pierza kobiety opowiadały sobie najnowsze wydarzenia i czekały na powrót mężów. Życie na Odrze trwało aż do zamarznięcia rzeki. Ruch barek był niezwykle intensywny. Łódki z dwóch tutejszych sklepów podpływały, by zaopatrzyć marynarzy w żywność. Cały czas działały dwie przystanie z łódkami, które przewoziły ludzi na drugi brzeg (jaz był dostępny tylko dla pracowników) za niewielką opłatą. Zima oznaczała powrót mężów – marynarzy, gwarne gospody, wesela, zabawy… Ratowice – Schiffer – Dorf (wieś barkarzy) żyła swoim rytmem, odmiennym od okolicznych miejscowości. Krystyna Skowera – na podstawie wspomnień p. Joanny Walczak

Post Author: Marcin

Dodaj komentarz