PUŹNIKI

Wkrótce, bo 13 lutego 2020 roku będziemy obchodzili 75 rocznicę tragedii mieszkańców
Puźnik…
Puźniki leżące w gminie Koropiec, w powiecie buczackim, w województwie
tarnopolskim były zamieszkałe prawie w całości przez ludność polską. W 200
gospodarstwach mieszkało przed wybuchem II wojny światowej około 800 osób. W całej
okolicy wieś znana była z sadów owocowych ciągnących się po obu jej stronach na długości
około trzech kilometrów. W historii wsi mocno zapisali się ojcowie Saletyni, pracujący nad
podniesieniem poziomu oświaty i kultury mieszkańców Puźnik. Po pierwszej wojnie
światowej ich dzieło kontynuował ksiądz Karol Chmielewski, założyciel kasy pożyczkowej,
kółka rolniczego, szkółki tkackiej produkującej dywany i płótna użytkowe, chóru męskiego,
amatorskiego teatru, organizacji „Strzelec” i Stowarzyszenia Katolickiego. Dynamiczny
rozwój wsi zahamował wybuch II wojny światowej. We wrześniu 1939 roku Puźniki zostały
zajęte przez wojska radzieckie. Efektem okupacji była w początkach 1940 roku fala wywózek
na Syberię, która dotknęła około 50 osób, między innymi rodziny kolonistów z okolic
Skawiny, gajowego Karola Łapiaka, Jana Działoszyńskiego, rodzinę Klemensa Jarzyckiego.
Po wkroczeniu wojsk niemieckich w czerwcu 1941 roku rozpoczął się najtrudniejszy okres w
dziejach wsi. Spowodowane to było zawiązaniem się współpracy ludności ukraińskiej z
władzami hitlerowskimi. Milicja ukraińska rozpoczęła prześladowanie polskiej ludności wsi.
Dochodziło do napadów i pobić, wymuszania większych kontyngentów na rzecz wojsk
niemieckich, aresztowania Polaków podejrzanych o przynależność do Armii Krajowej.
Odpowiedzią puźniczan na te działania była organizacja wiejskiej samoobrony i współpraca z
członkami Armii Krajowej. W sierpniu 1943 roku przechodzący przez wieś radziecki oddział
partyzancki obrabował wiejski sklep. Ścigające go oddziały niemieckie wspierane przez
milicję ukraińską zostały pokonane niedaleko wsi, w lesie koropieckim. W kilka dni po tym
zdarzeniu Niemcy wspólnie z Ukraińcami postanowili dokonać w odwecie pacyfikacji górnej
części wsi właśnie od strony lasu koropieckiego. Twierdzono, że mieszkańcy wspierali
działania oddziału partyzanckiego. Spalili wówczas 12 zagród i zabrali jako zakładników
mężczyzn. Groziło im rozstrzelanie. Wielką odwagą wykazał się wówczas Józef Jasiński, ps.
„Bercio”, który przekonał Niemców, że to oddział rosyjski ograbił sklep, a nie Polacy, i że
puźniczanie nie mają z tym faktem nic wspólnego. Aresztowanych wypuszczono.
Na początku września 1943 roku oddziały Ukraińskiej Armii Powstańczej (UPA)
przeprowadziły pierwszy atak na wieś. Spalili część zabudowań znajdujących się na skraju
wsi od strony Barysza (zagrody Władysława, Tomasza, Zygmunta Dancewiczów, Franciszka
Roli, rodziny Krzesińskich) i na Zagajówce (domostwa Karola, Ludwika i Tomasza
Wiśniewskich). Kilka dni później Ukraińcy ponownie zaatakowali wieś od strony Zalesia
paląc domostwa na Nagórzance – Mariana Boskiego, Franciszka Markowskiego, Jana
Uruskiego. Zostali powstrzymani przez członków samoobrony wiejskiej i wyparci ze wsi.
Podczas tego napadu, jak i poprzedniego, nikt nie zginął, ale ujawniona została samoobrona.
Powstała ona w 1942 roku, a jej komendantem był oficer Wojska Polskiego porucznik
Mieczysław Warunek. Od tego momentu dowództwo samoobrony zaostrzyło dyscyplinę i
zwiększyło gotowość do obrony. Wprowadzono całonocne kilkuosobowe patrolowanie wsi z
bronią, zaczęto legitymować wszystkich obcych przyjeżdżających do wsi, wprowadzono
szkolenia w posługiwaniu się bronią. Coraz częściej „gośćmi” byli partyzanci z Armii
Krajowej. W pierwszych dniach stycznia 1944 roku policja ukraińska aresztowała 6
mieszkańców Puźnik za nie wypełnianie obowiązku oddawania kontyngentów, i postanowiła

przewieźć ich do Koropca. Samoobrona zdecydowała o dokonaniu akcji zbrojnej mającej na
celu ich uwolnienie.
Wzięli w niej udział Roman Buchwald, Michał Działoszyński, Józef Lisowski, Jan
Sułkowski, Stanisław Soszka i inni. Zakończyła się ona powodzeniem, ale podczas niej
ciężko ranny został Roman Buchwald, który zmarł z upływu krwi. Został pochowany na
puźnickim cmentarzu 2 lutego 1942 roku. W tym miesiącu w okolice wsi dotarły grupy
zwiadowcze Armii Czerwonej, ale zostały wyparte i na okres pół roku linia frontu przebiegał
na rzece Strypie, oddalonej od Puźnik około 20 kilometrów. Wieś znalazła się w strefie
przyfrontowej, co sprawiło, że Niemcy wsparci przez policję ukraińską dokonywali często we
wsi rewizji, łapanek, aresztowań mężczyzn pod zarzutem działalności partyzanckiej.
Wówczas wielu mężczyzn zmuszonych zostało do opuszczenia wsi, ucieczki w
bezpieczniejsze rejony, przejścia linii frontu lub ukrywania się i nie prowadzenia działań
zbrojnych. Puźniki ponownie zostały zajęte przez wojska radzieckie 18 lipca 1944 roku.
Samoobrona wykorzystała moment ucieczki Niemców na dozbrojenie się. W niedalekim
Koropcu powstała radziecka komendantura, która rozpoczęła wśród Polaków akcję
propagandową mającą na celu zachęcenie ich do wstępowania w szeregi Wojska Polskiego
idącego ze wschodu oraz rozbrajania się. Jednakże próba nawiązania współpracy z władzą
radziecką zakończyła się tragicznie. Porucznik Mieczysław Warunek udał się z Mieczysławą
Borkowską na rozmowy z Rosjanami, podczas których oboje zostali aresztowani przez
NKWD i wywiezieni na Syberię. Po tym wydarzeniu żaden z puźniczan nie zdecydował się
na przyznanie się do przynależności do Armii Krajowej. Część z nich wstąpiła do
„Istriebitielnego Batalionu” w Koropcu, pełniącego rolę tymczasowej policji. Zapewniali ono
bezpieczeństwo mieszkańcom okolicznych wsi. Dostarczali broń i amunicję członkom
samoobrony, odwiedzali wieś dodając wszystkim otuchy. Inni mężczyźni zostali wcieleni w
sierpniu 1944 roku do Wojska Polskiego. We wsi pozostali starcy, kobiety, dzieci i niewielu
mężczyzn.
Początek roku 1945 rozpoczął się dla Polaków z powiatu buczackiego tragicznie.
Powracające z okolic Stanisławowa oddziały UPA w nocy 4 lutego dokonały napadu na wieś
Barysz, gdzie banderowcy wymordowali 100 osób. Następnie 8 lutego spalili żywcem we wsi
Zalesie ponad 50 osób, w tym 7 mieszkańców Puźnik, którzy w tym czasie tam przebywali.
Coraz głośniej mówiono o tym, że kolejnym celem bandytów spod znaku „tryzuba” będą
Puźniki.
Po tych informacjach zdecydowano o wzmocnieniu czujności i przygotowaniu się do odparcia
ewentualnego ataku. Wiele rodzin porozumiewało się i wspólnie miało się chronić na noc w
murowanych i krytych blachą domach oraz w specjalnie wybudowanych, i zamaskowanych
bunkrach i schronach. Ku zaskoczeniu wszystkich puźniczan w dniu 12 lutego do wsi
przybyła grupa żołnierzy sowieckich, która miała zapewnić im bezpieczeństwo.
Towarzyszący im urzędnik dokonał spisu ludności i zachęcał do oddawania broni. Wielu do
dziś żyjących mieszkańców Puźnik uważa, że byli to przebrani banderowcy, a ich działania
miały tylko osłabić czujność Polaków.
Złe przeczucia co do zamiarów Ukraińców spełniły się w nocy z 12 na 13 lutego 1945 roku.
Wieś Puźniki została okrążona i zaatakowana z trzech stron: od Nowosiółek, Zalesia,
Porchowej przez kilkusetosobową bandę UPA złożoną z mężczyzn i kobiet.
Otworzyli oni ogień z broni maszynowej i podpalili zabudowania w wielu miejscach wsi.
Z płonących domów i stajen zaczęto wyprowadzać zwierzęta. Obrońcy zmasowaniem ataku
zostali całkowicie zaskoczeni. Każdy z nich działał na własną rękę broniąc swoich domów i
rodzin. Ci, którzy wcześniej nie schronili się, lub nie zdążyli ukryć w kryjówkach, uciekali do
sąsiadów, na plebanię i do kościoła. Jeszcze inni kryli się w lesie, w głębokim śniegu

przykryci białymi prześcieradłami, w kopcach na ziemniaki. Najmniej bezpieczne, jak się
później okazało były zagłębienia i wnęki biegnącego przez wieś rowu melioracyjnego.
Zginęło tam najwięcej mieszkańców wsi zastrzelonych, zakłutych bagnetami i nożami,
zarąbanych siekierami, zatłuczonych drągami. Napastnicy nie znali litości mordując nawet
dzieci. Wszystkie te mordy odbywały się przy wtórze krzyków błagających o litość,
konających, ryczącego bydła, walących się domów.
Napastnicy wycofali się z Puźnik po kilku godzinach. Obraz wsi po napadzie wyglądał
strasznie. Opisał ją w swoich wspomnieniach pochodzący z Koropca Michał Sobków
następująco: We wsi makabryczne widoki. Wiele kobiet z obciętymi sutkami wyje z bólu. Na
każdym koku spotykamy ludzi z krwawiącymi ranami głowy zadanymi siekierami. Prosi nas
o pomoc kilkuletni chłopiec, Rudolf Łudzki z wgniecioną czaszką. Wyrwę w głowie ma
zaklejoną chlebem. Jego matka i dwie siostry zostały zabite. Idąc dalej natykamy się na
zwłoki mężczyzny. Miejscowi ludzie rozpoznają w nim Józefa Jasińskiego. Zadano mu ciosy
sztyletami- jeden przy drugim. Trafiamy na zwłoki małego dziecka. Ludzie twierdzą, że to
półtoraroczny Stasio Wiśniewski. Na widok noża wepchniętego w jego usta robi mi się słabo
Józefa Pacholik, z domu Szafrańska zapamiętała następujący obraz wsi: Banderowcy
odstąpili. Po nich zostały dopalające się budynki, ludzkie trupy i ranni. Nasz ojciec został
zastrzelony, siostra Maria miała siekierą rozrąbaną głowę, siostrze Władysławie odrąbano
jedną nogę, przebito nożem obie ręce i klatkę piersiową, jeszcze żyła, prosiła wody, nad
ranem zmarła z upływu krwi. Pod jej plecami leżał cioci syn Dominik, ocalał. Cudem
uratował się jeszcze dwuletni Julek Haniszewski. Ocaliła go matka, która upadając pod
ciosem banderowskiej siekiery, przykryła go własnym ciałem. Z kolei Honorata Dancewicz
widząc, że nie zdąży ukryć się na plebani pobiegła do stojącej niedaleko groty – kaplicy,
skryła się za figurą Matki Boskiej, i tak w ukryciu przetrwała do rana. Podczas tej pamiętnej
środowej nocy popielcowej banderowcy zamordowali około 70 osób.
Wielu mieszkańców Puźnik zostało ciężko rannych i wkrótce zmarło. We wsi ocalały tylko
budynki murowane i kryte blachą obronione przez członków samoobrony. Gdyby nie odwaga
i poświęcenie Franciszka Biernackiego, Władysława Jarzyckiego, Feliksa Kosińskiego,
Franciszka Łaciny, Wiktora Łaciny, Władysława Pałki, Franciszka Łapiaka, Jana
Przybyłkiewicza, Józefa Piotrowskiego, Stanisława Stanisławskiego, Mariana
Przybyłkiewicza i Jana Wiśniewskiego, ofiar zapewne byłoby więcej. W ciągu całego dnia 13
lutego mieszkańcy poszukiwali członków swoich rodzin. Opatrywano rannych. Zwłoki
zabitych zwożono na stary cmentarz, gdzie były dwa duże doły pozostałe po walkach w 1944
roku. Pogłębiono je nieco i tam złożono. Jedni dla swoich bliskich zbili drewniane skrzynie,
innych grzebano w białych prześcieradłach i płótnach. Wypełnione dwa duże doły stały się
wspólnymi mogiłami zamordowanych mieszkańców Puźnik. Pogrzeb odbył się bez żadnych
ceremonii, z udziałem tylko ocalonych mieszkańców. Na mogiłach postawiono dwa
drewniane krzyże. Ci puźniczanie, których domy uległy zniszczeniu zamieszkali u tych,
których domy ocalały. Inni w obawie przed powtórzeniem się napadów zdecydowali się na
opuszczenie wsi. Udawali się najczęściej do Koropca i Buczacza. W czerwcu pierwsi zaczęli
wyjeżdżać na tzw. Ziemie Odzyskane. Zamieszkali w Niemysłowicach oraz Ratowicach
niedaleko Wrocławia. Po wyjeździe większości puźniczan do Polski w 1945 roku, we wsi
pozostało kilka rodzin ukraińskich, polskich i mieszanych. W 1946 roku ocalałe domy
zasiedliły rodziny Łemków i Ukraińców wysiedlonych z terenów graniczących z Polską. W
budynku plebani urządzono szkołę. Jednak w 1949 roku władze zdecydowały o całkowitej
likwidacji wsi. Mieszkańców zmuszono do opuszczenia domów, które wyburzono.
Zniszczono kościół i plebanię. Wycięto sady owocowe. Zatarto wszelkie ślady po tej polskiej
osadzie.

Weronika Komidzierska wspomina swój pobyt w „rodzinnej wsi” następująco: W 1980 roku
byłam tam i serce mi się kroiło, gdy widziałam tam buraki. Byłam na grobach
pomordowanych. Są to dwie mogiły, gdzie oni są pochowani. Nikt nie zapali im świecy, nie
postawi pomnika. Są to Kresy Wschodnie i nie ma komu upomnieć się, aby w jakiś sposób
upamiętnić męki tych okrutnie pomordowanych ludzi.
Z kolei swój pobyt w 1992 roku w Puźnikach tak opisał Stefan Dancewicz:
Przeszedłem drogą przez całą, już nie istniejącą wieś Puźniki. Na dolnych ogrodach od
Zagajówki w dół widziałem trzy stawy oraz jedną dużą kołchozową szopę. Wędrując
samotnie, wśród zarośli i wysokich chwastów zatrzymałem się nad rowem Borkowskiego,
nazwanym „Wąwozem śmierci”, gdzie w nocy 13 lutego 1945 roku zginęło najwięcej
bezbronnych puźniczan z rąk banderowców… Nie ma już polskich zagród, tych co ocalały po
pogromie i spaleniu. Nie ma kościoła ani plebani w których ocalało najwięcej osób,
bronionych przez polskich „Istribków” i polską samoobronę.
Plac kościelny pokrywa gęstwina krzewów i dużych drzew. Wokół gęsty i ciemny las.
Wszędzie pustka po zgliszczach i ruinach, niegdyś kwitnącej wsi, świadczy, że „Warszawa
nie istnieje”, jak pogardliwie i z radością mówili ukraińscy szowiniści. Nie ma tam też i
Ukraińców, ani ich domów, zarówno tych puźniczan, jak i zasiedlonych w 1946 roku. Nie ma
chętnych do korzystania z ziemi pozostawionej przez Polaków – puźniczan. A Ukraińcy i
potomkowie tych, co przed laty mordowali Polaków, grabiąc ich dobytek, i marząc o
buraczano-kukurydzianych polach dla siebie, obecnie wcale nie kwapią się do orania i siania
na puźnickich ugorach”.
Wg. opracowania Agaty i Franciszka Dendewicz
Tekst oryginalny zaczerpnięty ze strony int. Sołectwa Niemysłowice

Post Author: Marcin