Moja historia Ratowic cz.2

W naszej historycznej serii przedstawiamy kolejny odcinek wspomnień Pani Kazimiery Rola Wiśniewskiej z jej pierwszych lat w Ratowicach. Jest to bardzo żywy obraz tych trudnych czasów widziany oczami   dziecka  doświadczonego wojennymi przeżyciami.

 

Pierwsze lata w Ratowicach

Pierwszy powojenny sklep w Ratowicach  był to sklep pana Hieronima Szafrańskiego, w domu, gdzie dziś jest bar. Mówiono, że pan Szafrański  pływał łódką do Oławy po zaopatrzenie, by mieszkańcom Ratowic, dostarczyć podstawowe towary, bo innego sposobu nie było. Mało kto miał pieniądze, żeby zapłacić, ale zawsze można było dostać „na kartkę”,  czyli na kredyt. Pamiętam też sklep  na rogu ulicy Wrocławskiej i Odrzańskiej, bo tam chodziłam czasem po cukierki.  Jak powstała Gminna Spółdzielnia w Laskowicach, zaopatrzenie znacznie się poprawiło i właściwie wszystkie niezbędne produkty można było już kupić.

Ludzie pomagali sobie,  odwiedzali się, dzielili  się z innymi, tym czego mieli więcej. Sąsiad, który miał krowę  dawał mleko tym, którzy mieli małe dzieci. Na wesele sąsiedzi w prezencie przynosili wszystko, co było potrzebne do stołu. Kiedy moja siostra w  1946 roku wychodziła za mąż na wesele przyszła cała wieś, ale każdy dzielił się tym co mógł. Sąsiedzi i znajomi  przynosili jajka, mleko, mąkę, masło, smalec. Było skromnie, ale bardzo wesoło.

W pierwszych latach po wojnie  gdy ktoś miał mąkę  przygotowywał sobie ciasto na chleb i zanosił je do piekarni, gdzie piekarz, za drobnym wynagrodzeniem, piekł  chleb. Po nacjonalizacji piekarnię przejął GS.  Nadal można było sobie upiec chleb, a nawet ciasto. Można też było do piekarni oddać mąkę, dostawało się karteczkę i za to odbierało się chleb.  Z czasem przy piekarni zrobiono sklep, w którym od 1948 roku sprzedawała pani Aniela Żelazowska.

Niektórzy z mieszkańców dostali zatrudnienie na stoczni. To był pierwszy zakład, który ruszył po wojnie na naszym terenie. Kolejnym miejscem była praca nad Odrą. Tamy i wały były bardzo zniszczone i wymagały naprawy, dlatego zatrudniono mieszkańców wsi do zwożenia ziemi i kamieni, z pobliskiej łąki. Na wał kładziono też faszynę – to były cienkie gałęzie lub wiklina powiązane ze sobą. Moja mama właśnie tam pracowała.

Od 1947 roku ruszyło przedszkole . Mieściło się w budynku przy świetlicy, na parterze, a na piętro, do sypialni wchodziło się po kręconych schodach. Często odwiedzałam to przedszkole, mimo, że już byłam uczennicą. W przedszkolu miałam młodszą siostrę, która była bardzo nieśmiała, dlatego pozwalano mi jej towarzyszyć. Pani przedszkolanka , mieszkała nad przedszkolem. Wiem, że pracowała tu z tzw. nakazu pracy.  Wtedy tak trzeba było odpracować kursy pedagogiczne. W tym dużym budynku nie mieszkał wtedy jeszcze nikt poza nią. Pamiętam, że kiedyś w nocy podczas burzy przybiegła do nas, bo bardzo się bała. W dużym, pustym budynku drzwi były wszędzie otwarte. Wiatr hulał, powodując  przeciągi i takie hałasy, że nie mogła wytrzymać i uciekła. Przeczekała już do rana u nas. W 1950 roku przedszkole przeniesiono do budynku przy ulicy Odrzańskiej. Pamiętam Mikołajki  w tym przedszkolu. Pan Sidorowicz był Mikołajem,  a ja byłam aniołkiem i podawałam Mikołajowi paczki. W przedszkolu  pracowała wtedy moja siostra, ale zwolniono ją za to, że w okresie świątecznym śpiewała z dziećmi kolędy. Wiejskie  uroczystości odbywały się w małej świetlicy, tam, gdzie obecnie mieści się biblioteka. Dzieci latem w wolnym czasie pasły krowy, zimą zjeżdżały na sankach na górce.

Dorośli wieczorami schodzili się w domach, przędli, kobiety skubały pióra, śpiewały, opowiadały historie, mężczyźni grywali w karty. Wtedy dzieci najczęściej siedziały pod stołem i słuchały opowieści i wspomnień.

 

Kościół w Ratowicach był czynny od listopada 1946 roku, ale nie było księdza, więc co drugą niedzielę przyjeżdżał z Jelcza ksiądz Liniewicz. W pozostałe niedziele chodziliśmy pieszo przez łąki do kaplicy w Czernicy, bo tam mieliśmy najbliżej. Przyjeżdżał tam odprawiać msze i nabożeństwa ksiądz Lach z Gajkowa. Kiedy w 1950 roku ksiądz Liniewicz odszedł  na emeryturę to do Ratowic przyjeżdżał co niedzielę ksiądz Doroszyński, który odprawiał także w Laskowicach i w Jelczu. Mimo, że nie było księdza we wsi nikt nie opuszczał majówki, nabożeństwa czerwcowego, różańca. Modlono się bez księdza. Ja musiałam na czas zakończyć swoją pracę, przypędzić krowy z łąki, żeby zdążyć się umyć i pójść do kościoła. Po kościele były spacery, a młodzi chłopcy chodzili po wsi i śpiewali przyśpiewki, melodramatyczne pieśni.

Co ciekawe, kiedy przygotowywaliśmy się do pierwszej komunii przez dwa letnie miesiące chodziliśmy pieszo do Jelcza na lekcje. Dziś chyba byłoby to nie do pomyślenia.

Dla nas, dzieciaków, w  szkole było bardzo przyjemnie. Pamiętam, że  graliśmy przedstawienie w przepięknej świetlicy, która była tam, gdzie obecnie mieści się sklep Państwa Ceńkarów, w podwórzu. Krzesła obijane  pluszem, wspaniała  sala kinowa, a scena  w oczach dziecka robiła niesamowite wrażenie – jak prawdziwy teatr. Był tam też hotel i rzeźnia . Wszystko zostało wywiezione, cały sprzęt. Budynek chyba rozebrano, bo mało korzystano ze świetlic. Ale to nasze  pierwsze przedstawienie było przepiękne.  Ja wcale nie byłam taką najlepszą uczennicą. Nie chciało mi się uczyć, dużo też chorowałam. Ale w pewnym momencie nastąpił nagle jakiś  przełom i nagle wszystko dla mnie stało się jasne. Nie musiałam się dużo uczyć, tylko słuchałam na lekcjach i już wszystko wiedziałam. Po skończeniu szkoły  nie chciałam jednak  pracować w biurze, bo lubiłam ruch, żeby coś się działo i uważałam, że nie nadawałabym się do biura.

 

Bardzo lubiłam bawić się z Lusią Krzywoń, moją dobrą koleżanką. W ich domu od frontu mieściła się  wcześniej apteka lub sklep. Był świetnie wyposażony w piękne regały, sprzęty, kasę. Znalazłyśmy  tam mnóstwo kolorowych, malowanych na blasze reklam. Takich wypukłych, do przykręcania. W kasie było bardzo dużo kolorowych pieniędzy, niemieckich marek. My, bawiłyśmy się nimi, większość z nich podarłyśmy na małe karteczki. Miałyśmy swobodę, bo nikt nie zwracał uwagi na takie rzeczy, nie przechowywał niczego, nie gromadził wiele, nie przywiązywał się do tego miejsca. Ludzie żyli z dnia na dzień. Większość osób była przeświadczona, że wkrótce wrócimy do Puźnik.

 

W 1949 roku na początku wakacji mój jedenastoletni sąsiad zaprosił dzieciaki do piwnicy w swojej stodole, żeby  pokazać jak straszy żaby. Przygotował sobie butelkę z prochem, zapalał i kiedy wybuchała pokazywał jak żaby uciekają z wody w piwnicy. W tym czasie mama nagrzała mi akurat  wody do kąpieli, więc nie poszłam z nimi, bo chciałam się kąpać. Po chwili usłyszałam hałas i zobaczyłam wielki słup dymu. Wybuchł pożar. Wszyscy sąsiedzi byli bardzo przerażeni, bo budynki usytuowane były ciasno i pożar mógł się szybko rozprzestrzenić. Ale zamiast wziąć się za gaszenie pożaru najpierw pakowali i wywozili swój dobytek. Jeden sąsiad spakował wszystko na wóz i wywiózł aż pod szkołę. U mnie, rodzice  wynieśli co cenniejsze rzeczy na łąkę, za transformatorem na Polnej. Posadzili mnie na tapczanie, kazali pilnować dobytku i dopiero poszli gasić pożar. Ale ponieważ to był duży pożar, iskry leciały daleko i jedna spadła na mój tapczan. Ja zamiast go ugasić, zdusić,  to szybko pobiegłam do domu powiedzieć rodzicom, że tapczan się pali.

Chłopak, który wywołał pożar  został niestety mocno ranny, miał rozerwany brzuch. Nie było pogotowia, nie było możliwości odwiezienia go do szpitala. Uratowała go Pani Staszka Krzywoń. Była wtedy w wojsku i chodziła w mundurze, miała broń. Na drodze zatrzymała samochód – akurat jechała jakaś delegacja do Jelcza. Poprosiła, żeby podwieźli chłopca do szpitala, bo miał poważny wypadek. Kiedy jej odmówili, wyjęła broń i kazała im wysiadać. Wtedy kierowca zgodził się pojechać z  chorym do szpitala. Mój kolega Bronek przeżył, ale chyba był pechowy, bo miał więcej takich poważnych wypadków. Pamiętam na przykład, jak poszedł na strych i nadział się siedzeniem na rozbitą butlę od wina. Był wtedy też mocno ranny, ale wtedy już przyjechało pogotowie i zabrali go do szpitala. Zawsze za to był dobrym kompanem do zabaw. To właśnie  on nas, dzieciaki oprowadzał po bunkrach, razem biegaliśmy po tunelach, barakach. W tym czasie jeszcze stały tam, na ulicy Polnej  baraki. Były tam pasiaki, buty, piętrowe, drewniane łóżka.

Pamiętam inną sytuację, jak jeden z chłopaków, sąsiad Stach Tyc, okropnie mnie wystraszył wyskakując nagle zza transformatora w przebraniu diabła. Pobiegłam wtedy z płaczem do mamy i bałam się wyjść z domu, bo myślałam, że zobaczyłam diabła. Okazało się, że on testował swoje przebranie na świąteczne chodzenie z Herodami, bo grał rolę diabła. Musiał zdjąć maskę żebym uwierzyła, że to nie jest prawdziwy diabeł.

Herody to była świetna zabawa dla wszystkich.  Zdarzało się, że kolędnicy nabrudzili w domu, ubłocili podłogę, zdarzyło się nawet, że zniszczyli widłami sufit. Nikt nie miał o to pretensji. A najbiedniejsze były dziewczęta, bo były straszone, podszczypywane, obsypywane sadzą. Ale wszyscy się dobrze bawili i nikt się o to nie obrażał.

Na zabawy, czyli potańcówki,  chodzili wszyscy. Młodsi,  żeby się pobawić, a mamy  i babcie szły, żeby popatrzeć. Siedziały pod ścianą przez całą zabawę i obserwowały. Dzieci takie jak ja, mogły się na zabawach i weselach bawić tylko do dwudziestej, potem musiały iść do domu.

Każdy gospodarz miał obowiązek dostarczać państwu określoną ilość żywności. Były to tzw. obowiązkowe dostawy (chyba od 1950 roku). Gospodarze byli biedni – musieli oddawać zboże, mleko, świnie, ziemniaki. Jak ktoś miał dzieci, to było trudno utrzymać. Ponadto jeszcze była obowiązkowa praca dla wsi.

Od 1952 ruszyły zakłady samochodowe w Jelczu, w których wielu ratowiczan znalazło zatrudnienie. Ja swoją pracę zawodową rozpoczęłam  w zakładach w 1955 roku. Do tego czasu  pracowali tam jeszcze więźniowie. W Jelczu byłam szefową harcerstwa. Byłam dumna, że  na pochodzie pierwszomajowym  maszerowałam z druhem  w pierwszym szeregu.

W Ratowicach  nie mieliśmy prądu, choć w domach były instalacje. Kiedy moja siostra wychodziła za mąż w 1946 w listopadzie, to wesele jeszcze odbywało się przy lampach karbidowych. Potem, kiedy był już prąd, było światło i pojawiły się  też głośniki, nawet w domach i można było włączyć coś w rodzaju radiowęzła i posłuchać wiadomości z okolicy i muzyki.

Chciałabym jeszcze opowiedzieć o moim  ślubie. To było już w 1961 roku. Trzeba już wtedy było wziąć ślub cywilny w Laskowicach – tam była wtedy nasza gmina. W sobotę, po pracy pojechaliśmy do ślubu. Kuzyn mojego narzeczonego Tadziu Wiśniewski, wziął mnie na motor, a jego kolega Stasiu Sobczuk wziął mojego przyszłego męża. Chociaż urząd powinien był być jeszcze czynny, to nie zastaliśmy urzędnika. Po krótkich poszukiwaniach, drużbowie znaleźli właściwego urzędnika w pobliskiej restauracji. Przyprowadzili go do urzędu. Choć był nie do końca trzeźwy, a my nie byliśmy wcześniej zapisani, ale udzielił nam ślubu. Ślub kościelny wzięliśmy  tydzień później.

Ludzie z Puźnik raczej trzymali się razem, pomagali sobie. Nie zgodzili się na powstanie kołchozu, czy spółdzielni, nie zapisywali się do partii. Od początku wspólnie pełnili własną straż we wsi. Mężczyźni, według określonej  kolejności mieli dyżur i w nocy pełnili warty – pilnowali, by nikt nie napadł na mieszkańców, nie kradł, żeby nie wybuchł pożar. Ich znakiem rozpoznawczym była taka duża laska, którą przekazywali sobie z rąk do rąk. Z czasem znaleźli się i tacy, którzy przyjeżdżali za pracą i osiedlali  się tu. Często w zamian za jakieś korzyści zapisywali się do partii, do ORMO, podsłuchiwali pod oknami, donosili na sąsiadów. To było bardzo nieprzyjemne i powodowało wiele problemów.  Ale  na pomoc swoich można było liczyć.

Na podstawie wspomnień Kazimiery Wiśniewskiej opracowała Beata Jagielska

Post Author: Marcin