Moja historia Ratowic cz.1

W naszej historycznej serii przedstawiamy dziś wspomnienia Pani Kazimiery Rola
Wiśniewskiej z jej pierwszych lat w Ratowicach. Jest to bardzo żywy obraz tych trudnych
czasów widziany oczami siedmioletniego, dziecka doświadczonego wojennymi przeżyciami.
Ratowice tuż po wojnie
Do Ratowic przyjechałam z rodzicami jako siedmioletnie dziecko w czerwcu 1945 roku.
Przyjechaliśmy z Puźnik leżących na Podolu koło Buczacza i Stanisławowa. Nasza wieś
została spacyfikowana i spalona przez ukraińskich nacjonalistów UPA – „banderowców”.
Zostaliśmy więc przesiedleni na ziemie zachodnie. Transport, którym przyjechaliśmy to był
już drugi transport z naszej okolicy. Pierwszy dotarł do Niemysłowic koło Prudnika, dlatego
nasza wieś Puźniki podzieliła się już tu na dwie. Część Puźniczan osiadła w
Niemysłowicach, część w Ratowicach. Wiele rodzin, także i moja, w ten sposób zostało
rozdzielonych. Był jeszcze jeden transport przesiedleńców z naszych stron, w listopadzie
1945 roku.
Nasza podróż choć trudna, była krótka, bo trwała tylko kilka dni . Wysadzono nas z pociągu
na stacji w Minkowicach. Kilku poważniejszych gospodarzy zdecydowało się wziąć
tutejszego Niemca i furmanką pojechali szukać wsi odpowiedniej do osiedlenia. Przejechali
przez Kopalinę, Laskowice, Jelcz i … trafili do Ratowic. Bardzo im się ta wioska spodobała,
ale bali się trochę, bo było tu zbyt mało domów ze stodołami i budynkami gospodarskimi, a
to było wtedy bardzo ważne. My cierpliwie czekaliśmy na stacji. Kiedy mężczyźni wrócili
wynajęli kilka furmanek i załadowali na nie cały dobytek. Ruszyliśmy do Ratowic. Dla mnie,
jako małej dziewczynki, ta podróż była bardzo ciekawa. Mimo, że przez ostatnie kilka
miesięcy przed wyjazdem na Zachód ze względów bezpieczeństwa mieszkaliśmy w
Buczaczu, czyli w mieście, to i tak robiłam wielkie oczy. Duże, murowane domy, wszystko
inne, piękne, czyste, nie zniszczone. Pamiętam, że największe wrażenie zrobiła na mnie
lipowa aleja w Ratowicach. Zresztą do tej pory to ozdoba naszej wsi.
Na miejscu powoli zaczęliśmy się rozpakowywać. Wybierano głównie te domy, które miały
największe budynki gospodarcze, obory i stodoły, tak, by można było gospodarować i w ten
sposób utrzymać rodzinę. W niektórych domach mieszkali jeszcze niemieccy właściciele.
Jeśli ktoś chciał zająć sobie dom, zgłaszał do sołtysa – wtedy był to Pan Biernacki – i
wprowadzał się. Potem dopiero starał się o akt nadania i prawo własności. Wójt natomiast
urzędował w Jalcu, bo tak wtedy nazywał się obecny Jelcz. Ciekawe, że te najnowsze, ładne
domy wcale nie cieszyły się popularnością, bo najczęściej nie miały stodół i to one stały puste
najdłużej.
Pozostawione przez Niemców domy miały niemal całe wyposażenie i instalację elektryczną.
Nie było jednak prądu. Bywały domy wyposażone nawet w wodociąg – choć nie wszyscy
umieli z niego korzystać. W niedługim czasie ci, którzy mieli większy dom, więcej mebli i
sprzętu musieli oddać je do Powiatowego Urzędu Repatriacyjnego w Oławie. Komisja
najpierw spisywała meble, oceniała, że: „to wam niepotrzebne”, a potem przyjeżdżał
transport i spisane rzeczy zabierano. Ludzie starali się je chować jak mogli – na strychach i w
piwnicach, ale i tak wiele sprzętu i wyposażenia zabrano.

Bardzo brakowało natomiast zwierząt gospodarskich. Przed wyjazdem powiedziano nam, że
nie będzie można zabrać do pociągu zwierząt, zwłaszcza krów, bo będzie dużo ludzi i nie
będzie żadnego wagonu dla zwierząt. Pamiętam, że wtedy ojciec sprzedał naszą krowę za pięć
kilo mąki. Potem okazało się, że jednak można było zabrać krowy do transportu. W tych
czasach posiadanie zwierząt gospodarskich zapewniało mleko dla dzieci i dawało szansę na
przeżycie rodziny. Ale znalazł się sposób i na krowę. Po wojnie Rosjanie prowadzili dużo
zwierząt – krów i koni z Niemiec na wschód. Mój ojciec „dogadał się” z jednym z nich i ten
zostawił nam małą jałówkę, pod warunkiem, że nie będzie jej słychać i nikt nie będzie
wiedział, bo obaj mogliby mieć kłopoty. Ta jałówka wychowała się u nas i mieliśmy z niej
pożytek. Moja rodzina była duża. Oprócz siedmiorga dzieci był z nami piętnastoletni Franek
Jasiński, którego rodziców zamordowano podczas napadu banderowców w Puźnikach. Mój
tato był jego wujkiem, więc przygarnął go do nas. Jego starszego brata wtedy nie było. Kiedy
wrócił, bracia znaleźli sobie nowe domy. Ale ponieważ Franek był za młody pozwolono im
zostawić sobie tylko jeden dom, więc zamieszkali już razem przy ulicy Odrzańskiej. Wiele w
tym czasie było takich trudnych życiowych sytuacji. Ludzie starali się jednak sobie
nawzajem pomagać. Opiekowali się tymi, którym zamordowano rodzinę, wspólnie mieszkali,
przynosili jedzenie, mleko dla dzieci, dzielili się czym mogli.
Nasz dom przy ulicy Polnej był skanalizowany – w budynku gospodarczym był zlew, z kranu
płynęła woda. W stajni krowy miały poidełka. Wkładały tylko do nich pysk do nich i piły
wodę. Motor pompował wodę do boilera umieszczonego wysoko na strychu. Niestety rura
kanalizacyjna przeszkadzała w kuchni i usunięto ją. Wodę ciągnęliśmy odtąd ręcznie ze
studni. W domu była też chłodnia na mleko i wirówka do odciągania śmietany. W wielu
domach, tak jak w naszym, były już pompy na wodę, niestety nikt nie umiał się tym sprzętem
posługiwać. Niektórzy sprzedali pompy, oddali szabrownikom, czy wymontowali i przez
następne lata ciągnęli wodę ze studni ręcznie.
Żniwa zaczęli już robić mieszkańcy polscy. Korzystali z pomocy kobiet niemieckich, które
rano zbierały się do pracy w centrum wsi. Mężczyzn w sile wieku było bardzo mało. Kobiety
pracowały w polu, zajmowały się dziećmi, robiły właściwie wszystko. Do jedzenia
wykorzystywano na początku zapasy i to, co było w ogrodach, czasem można było jeszcze
coś szybko posiać.
We wsi dłuższy czas byli jeszcze Niemcy, też głównie kobiety i dzieci. Szybko
zaprzyjaźniliśmy się z dziećmi niemieckimi. Sobie tylko znanymi sposobami
porozumiewaliśmy się z nimi. W czerwcu 1946 roku Niemcy zostali wysiedleni.
Podstawiono wozy i odwieziono ich na stację do Czernicy. Wszyscy wtedy płakali – i
Niemcy i Polacy – bo byliśmy zaprzyjaźnieni. Dobrze się z nimi dogadywaliśmy,
pomagaliśmy sobie. Mojej starszej siostrze niemiecka krawcowa szyła sukienki, przerabiała
ze starych. Pamiętam, że bardzo mi było żal, gdy wyjechała studentka, która mieszkała u
sąsiadów. Znałyśmy się, bo pasła u nas krowy. Miałam też koleżankę Margaritę, z która
często się bawiłam. Z tego co pamiętam Niemcy mogli wziąć dwie walizki bagażu i nic
więcej. Mimo wojennych doświadczeń trochę im współczuliśmy, bo przypominało nam to też
nasz wyjazd z Puźnik.
Czasy były bardzo niespokojne. Ludzie z Puźnik raczej trzymali się razem, pomagali sobie,
liczyli też na powrót na wschód. Nie zgodzili się jednak na powstanie kołchozu, czy
spółdzielni, nie zapisywali się do partii. Bali się także o swoje bezpieczeństwo. Od początku
wspólnie pełnili własną straż we wsi. Mężczyźni, według kolejności mieli dyżur i w nocy
chodzili po wsi. Pilnowali, by nikt nie napadł na mieszkańców, nie kradł, żeby nie wybuchł

pożar. Ich znakiem rozpoznawczym była taka duża laska, którą przekazywali sobie z rąk do
rąk.
Pierwsze lata po wojnie wspominam jako czas bardzo trudny, ale taki, kiedy wszyscy sobie
nawzajem pomagali, byli dla siebie mili, serdeczni, odwiedzali się. Choć żyło się bardzo
ubogo i skromnie, to było też wiele radości, spotkań i wzajemnej życzliwości.

Na podstawie wspomnień Kazimiery Wiśniewskiej opracowała Beata Jagielska

Post Author: Marcin